WIERSZE

Tęsknia

 

Po narwiańskich łąkach,
po biebrzańskich błotach,
bez celu się błąka
i miota tęsknota.
 
Coraz jej bezgłośniej
i coraz jej ciemniej.
Błąka się i miota,
już całkiem beze mnie.
 
We mgle się rozprasza,
w widnokrąg powłóczy…
Minie lato. Wtedy,
dołączy do kluczy.

Na niby

 
Dlaczego tak jest?
Odpowiedz.
Że ledwo dmuchawce
wiatr rozdmuchał,
głóg kwitnie, czeremcha, żarnowiec,
żaby żółcieją kosaćcem…
 
Posłuchaj…
Jak śpiew skrzydlaty
jeden wypiera drugi.
Ten przed nim, tamten za tym,
a nad tym wszystkim
pługi.
 
Nad wszystkim
Wielki Oracz,
przewraca czasu skiby
że teraz na coś pora,
a wszystko jest
na niby

To coś

 

Las pociemnieje sowio i kruczo
gdy to się stanie.
Ptaki rozdziobią, lisy rozwłóczą,
po leśnej polanie.

 

Rozdziobią lisy, rozwłóczą ptaki,
wszystko się zmiesza.
A ja, nareszcie, z lasem jednaki,
będę się wskrzeszał.

 

W liściu i w igle, we mchu, w korzeniach,
w leśnym prześwicie,
będę się zmieniał, będę zamieniał,
to coś,
na życie.

Taka była cisza

 

Taka była cisza
w lesie, na moczarze…
Nikogo, niczego
ze zdarzeń, niezdarzeń.
 
Ptak tylko, z cudśpiewem
czyścił sobie piórka,
na obłok mrużyła
zastygła jaszczurka.
 
Taka była cisza,
w majowej oprawie…
Nagle – wrrr!!! Przelękłe
wzleciały żurawie.
 
W tej to ciszy, nieciszy
pnie żywicznie łzawią.
Potopiły się żaby,
zabił lot żurawiom.

Dziupla

 

Ślepną w dziupli oczy
uszy w dziupli głuchną
jak dobrze mi w dziupli
ułożyć się w próchno
 
O, pokorna dziuplo
jak kapliczka święta
daj mi się umościć
w tobie, przy pisklętach
 
By oczy przejrzały
usłyszały uszy
że warto i z próchna
powstać i wyruszyć

Niechaj

 

Niechaj mnie widzą
kurzu drobiną
kory okruchem
niech będę dla innych
jak chaszcze
niedostępne
kolczaste suche
 
Niechaj mnie porównują
do trawy, słomy
zwietrzałego wiechcia
byle już nikt niczego
niczego ode mnie
nie chciał
 
Niechaj mi mówią
że bardziej niż ludziom
jestem oddany
brzozie i sośnie
niech mówią
tylko bezgłośnie
 
 

Z kolan

 

Pierwszy cytrynek
wzleciał zbudzony
jeszcze wpółżywy
lecz szybko omdlał
na już parzące
wrzątkiem pokrzywy
 
Trwa turniej ptasi
który zalotniej
czułość wyśpiewa
i rozluźniają
się piąstki pąków
w krzewach i drzewach
 
Prostuje czułki
ćwiczy odnóża
zbudzony owad
Grzmot nagle. Znikąd.
To pierwsza burza
z garnca kwietniowa
 
Pękają pąki
śpiewa radośnie
wszechleśna schola
i w jednej chwili
zbudzone życie
powstaje z kolan

Bezszum

 

Białoczerwony las,
znów spowity łuną.
Podszyt we mgle bandaży,
krwią czerwone runo…
 

Leży zgwałcony,
zerżnięty, dobity,
nie wonią żywicy,
martwicą spowity.
 

Z osobno głową,
rękoma, tułowiem,
żadnej już wojny, baśni,
szumem nie opowie…

Krzyk

 

 

Pyłem się w dziupli udławi
albo go wiatr poniesie
pokrzywna rusałka pawik
rozskrzydli po całym lesie
 
Pajęczą siecią się zwiesi
po drzewie zwinie się bluszczem
echem się leśnym – zlesi
w bezkresną poniesie puszczę
 
Mój krzyk, błaganie o to
aby się zrosnąć z drzewem
nie mówić, szumieć tylko
że nie wiem, nie wiem, nie wiem

Może on

 

Starsza pani ze starego domu
powierzyła swe stopy kapciom.
Już nie czeka, by ktoś jej pomógł,
zapomniała, że jest prababcią.

 

Nikt nie bywa, nawet i złodziej
i od dawna nie pyta: „Kto tam?”.
Tylko kot ją odwiedza co dzień,
albo ona odwiedza kota.

 

Chude stopy poprawia w kapciach,
zrywa się… Jakiś szmer za dworze.
„Może on?!” – wzruszona drży babcia.
A to Bóg tylko, nie on. Boże…!

Wieczna Czasu Wiosna

 

I miną cię ptaki
i kwiaty cię miną
drogi się rozejdą
rzeki się rozpłyną

 

Ominie cię kwiecień
wonie smaki dźwięki
dwustuletnie drzewa
z nasionek maleńkich

 

Miną ciebie ważek
niewidzialne śmigła
ominie jaskółka
w locie niedościgła

 

Ale nie ominie
Wieczna Czasu Wiosna
ponad ziemskim cudem:
TEN, co z grobu powstał

Znów

 

Moje miasto
znów jak kiedyś ciche
i znów na ciemność
poluje latarnia

 

Urzędowo zamknięto -
pychę

 

I znów mój Toruń
ma Anioł w objęciach
i skrzydłami je znów
ogarnia
 

Wzwyż

 

A bo to wszystko kupa śmieci,
albo i nawet jeszcze gorzej.
Czarny korytarz, ślepy, kreci,
a nad nim kopczyk, nad bezdrożem.


 
Ale tuż nad nim lipa kwitnie
i miód pod korą w sokach płynie,
z chabrem i makiem łany żytnie,
pod brzozą chłopak przy dziewczynie.


 
A jeszcze wyżej, ptak świergoli,
a nad nim Ten, co nad tym wszystkim!
Dalszy, niż sięga wzrok sokoli,
więcej niż własne serce bliski.

Nie sam

 

A gdy zostaniesz sam,
miej choćby pieska, czy kotka.
Będą na ciebie czekały,
nie mogą żyć bez tych spotkań.
 

Świerszcza miej, by ci cykał.
Bez ciebie, nawet i płakał.
Z własnym dla ciebie domkiem,
czekającego ślimaka.
 

Albo miej choćby pajączka,
co nić przykleja do nici,
który dla ciebie z zaoknia,
promienie słońca pochwyci.

Gdy

 

Ale jeszcze,
jeszcze przylecą ptaki
i w drzewach zalistnieją.
I wtedy, wszystkie ich szlaki
zieloną zarosną knieją.
 
Nawet i dziupla w drzewie,
próchnem ślepa i głucha,
wszystkie te kniejne głosy,
pomieści i wysłucha.
 
I ja, w tej dziupli próchnem,
szczęśliwy, właśnie takim,
jak pyłem gwiazd zaświecę,
gdy tylko przylecą ptaki.

Nic nie jest tym, co widzisz

 

Niechaj wiersz ten
garść próchna
ku koronom wzniesie
i w prześwicie ożyje
jak roje motyli.

Nic nie jest tym,
na co patrzysz w lesie,
ktoś tylko własny obraz,
w pustelnię rozpylił.

 

Z tej to mgły,
z tej poświaty,
lasy powzrastały.
I ty wzrosłeś człowieku.
Ty: najmniejszy z małych.

 

Któremu się wydaje
że cokolwiek widzi.
Sosny, dęby i świerki
i brzozowe gaje

 

Nic, nic nie jest tym
co widzisz.
To wszystko ci się
wydaje
wydaje
wydaje…

JESZCZE NIE KONIEC

 

Ale to jeszcze
jeszcze nie koniec
póki mam dłonie
póki sercem moim kukułka
co z echem gada
póki jest liść – manuskrypt
zwinięty przez owada
a zimą
póki jest mgiełka brzezin
w delikatnym fiolecie
póki pnie sosen w miedzi
wiosną kopce krecie
póki jest puszcza, która mnie woła
i póki dąb
co się do brzozy przytula
i romantyczka pszczoła
ze wszystkich ostatnia
do ula

 

Póki jest wyjący o ciszę
najbiedniejszy z biednych
mój braciszek

 

Jego świat
bez ludzi, bez drzew
bez mądrych, bez głupich
tylko krzyk, tylko zew
w głuchej dziupli

 

Rozpierzcha się rzesza
wijów, ropuch, stonóg
bo mu w niej zawieszam
serce swego dzwonu

 

I z rękopisu owada
czytam jemu kukułkę
co z echem gada
opowiadam o mgiełce brzezin
co się zimą fioleci
o pniach sosen w miedzi
i o kopcach krecich

 

Bo póki jest puszcza, która nas woła
póki dąb
co się do brzozy przytula
póki jest romantyczka pszczoła
ze wszystkich ostatnia
do ula
póki serce dzwonu, wierzb dłonie
to jeszcze nie koniec
nie koniec…

Nawet nie można

 

Nawet spokojnie
nie można umrzeć,
bo będą cierpieć ci
co cię kochali.
Ognia nie możesz
samemu zdmuchnąć,
gdy nie tyś go rozpalił...

 

Nawet nie można
w spokoju odejść.
Zaraz ci serce zmięknie,
gdy sobie wyobrazisz,
że gdy ty będziesz odchodzić,
komuś serce pęknie.

 

Nawet nie można
po prostu zapomnieć.
Gwiazdami świecą

pamięci odpryski.
W wieczności ona:
ta moja pamięć,
o wszystkim i o wszystkich.

Po drodze

 

Będę tam jeździł, daleeeko,
nawet – da Bóg – i co dnia.
Dla samej w sobie drogi,
a na jej końcu – ognia.

 

Dla skrawka brzozowej kory,
tego, co tak mi drogie.
Dla dzika, co miejsce porył,
abym mógł wskrzesić ogień.

 

I chociaż z kalendarzy,
wiatr kartki zerwie, porwie…
Będzie się płomyk żarzył,
a mnie, po drodze
z ogniem.

Wszystkie drogi

 

Dla samej się idzie drogi,
dla niej samej.
Drzwi się zamyka, bramę…

 

Ufając niebiosom,
że dokądś się dojdzie,
przed siebie się idzie,
nawet i boso.
Dzień cały,
trzy dni,
tydzień.

 

Nawet i na bezdrożu,
zawsze jest jakaś droga.
Oby tylko nie zbrakło -
sił w nogach.

 

Ale nawet jeśli padną,
że już ani kroku,
wszystkie drogi i tak
do ciebie prowadzą.

 

Bo ty jesteś w środku,
wszystkiego co wokół.

 

Czas

 

Będę miał zawsze czas dla Ciebie,
którego ciągle tak niewiele.
Spomiędzy sekund go wygrzebię,
Bogu go podkraść się ośmielę.
 
Oszukam czas, by Tobie służyć,
wniknę pomiędzy Twoje tętno
i moje serce w kształcie róży,
dopełni barwą Twoje piękno.
 
Wejdę pod kamień, paproć leśną,
pod skrzypem czasu będę szukał.
Może się chwile jakoś… ścieśnią
i zegar wolniej będzie stukał.
 
A gdy nie znajdę, nie wyskrobię,
czasu marnego, choćby tyci,
to jego brak, przekażę – Tobie,
by Cię utulił i zachwycił.
 
Bo nawet on, dla Ciebie tylko.
Każdy mój czas i jego braki.
Z każdą, najmniejszą nano-chwilką,
jestem dla Ciebie. Właśnie taki!
 
Na koniec, znajdę kilka minut,
by schować się za życia złudą,
zajrzę po cichu do Akwinu,
i znajdę tempo plenitudo. *
 
 
 
* Tempo plenitudo: u Św. Tomasza z Akwinu – „Pełnia czasu”, wyrażona we Wcieleniu Chrystusa

Żurawi różaniec
 

Lecą.
Od początku nieba,
aż po jego krańce,
w przestwór rozciągniętym,
żurawim różańcem.
 
Lecą długim kluczem.
Czasem szyk im rwie się.
Zasmętniają niebo,
echem krzyczą w lesie.
 
A ja, pośród nich.
Ku ojcu.
 
Ja, który rwie,
który się odrywa,
który w swoją tylko stronę,
by i tak dołączyć
na końcu.

Świt

 

Nad jaskierną łąką
od świerków, od buków
leci para kruków.

 

Trwoga, wielka trwoga
zadziwił się zając
jaki cień rzucają

 

Od hałasu w słuchach
do wichru w futerku
trwoga, wielka trwoga
od buków do świerków

 

Ale czyj to odgłos
echem Świt wysławia?
To znikąd i z wszędzie
Tchnie klangor żurawia

Ja stąd

 

A ten las, z moich nasion,
a ten sad, z moich pestek
więc ja cały z tego lasu
z tego sadu jestem

 

I ja cały z tego domu
z tych pokoi, z drzwi i okien
tylko tam zbudzony świtem
tamtym tylko zgasły mrokiem

 

W tej stodole, w tej drewutni
na podwórzu, w tym kurniku
nawet i w drewnianym kołku
który mnie do pola przykuł

 

Cały sobą stamtąd jestem
po jak nigdy, oczy mokre
z żurawiami, nie odlecę
tu zostaję, po widnokręg.

Wyruszam

 

W lasy wyruszam,
do ich, ze swego
najskrytszego środka.

 

I będę jechał, i będę szedł,
aby nikogo
nikogo nie spotkać.

 

Nikogo w kniejach
i na ich skrajach,
drogach, bezdrożach,
na dróg rozstajach.

 

I niechbym nawet
pomocy pragnął,
niechbym zabłądził,
zapadał w bagno

 

Nie pragnę, nie chcę!
Dam sobie radę!
Nikogo nie chcąc,
dojdę, dojadę…

 

Gdzie siebie, w sobie,
pełnego spotkam.
Nie tego zewnątrz,
tego ze środka.

Ileż jeszcze

 

Ileż to razy nawłoć
ileż to razy wrotycz
ileż razy dla siebie
dotyk, usta i oczy
 
Ileż piaskowych kocanek
krwawników i koniczyn
wiatru, deszczu i liści
któż zmierzy
któż policzy
 
I ileż znowu ptaków
z miłości nie pomieszczę
I czy w ogóle będzie
jak dotąd
jakieś
jeszcze

We mnie

 

Niebo się gwieździ
i las się lesi
kto go tu rozsiał
niebo rozwiesił

 

Kto srebrne koło
w noc czarną wtoczył
kto pozapalał
te wszystkie oczy

 

Co mnie popycha
że muszę w drogę
„Idź” – ktoś mi mówi
„Nie wracaj.
Z Bogiem!”

A ja się cieszę

 

A ja się cieszę że niedługo jesień
że z lasów, z jezior, ustąpią tłumy
i nareszcie deszcz spadnie
jak wiolonczeli struny
i wiatr będzie smyczkiem
szszszsz… szuuuuu...
kołysząc umęczoną ziemię
do snu

Wszystkie

 

Przeskakujcie chłopcy przez płoty
ku lasom, łąkom i polom
i nikomu, nikomu o tym
że chcecie zbudować samolot

 

Z promieni letniego słońca
z piórek, listków z igliwia
z tego co wiatr postrącał
pod wasze stopy przywiał

 

Aż tego dnia, gdy dmuchnie
ostatnim z drzewa listkiem
spełnią się wasze skrzydła
i loty ku niebu
wszystkie

Zawsze Tęsknia

 

Ileż niedoli z tą tęsknotą
ileż z nią biedy
i nawet gdy się ma co kocha
nawet i wtedy

 

Bo to nieprawda że my tylko
kostni i mięsni

 

Umiemy kochać
a to znaczy
do końca
umiemy tęsknić

A  ja

 

A ja
lubię widzieć czarno
patrzeć jak ćmy
do światła się garną
za mną, przede mną
księżyc nad lasem
co świeci kropką
albo nawiasem

 

Uwielbiam w nocy
potknąć się o korzeń
gwiazdy zobaczyć
i wyszeptać:
„Boże…”

Ty mnie ku łące prowadź

 

A gdy miniemy lasy
olsy miniemy i łęgi
ty mnie ku łące prowadź
rozsuń przede mną jej wstęgi

 

Jaszczurkę pokaż w trawie
miodowe kwiatów plastry
pokaż kwitnące szczawie
maki złocienie jaskry

 

O mgle się wreszcie dowiem
skąd się nad łąką bierze
Nią mi wyszepczesz cicho:
Ze zwierzeń…

Rzecz niesłychana

 

Po zagrodach po pastwiskach
po sadach
pies ujadał

 

Bo stała się rzecz niesłychana
oto gdy świerszcze cykały pacierze
jaskółki nocy
nietoperze
grały z ćmami
kosmiczną chwilkę
księżycem w piłkę

A gdyby tak mgły nazrywać…

 

A gdyby tak mgły nazrywać

jej kwiatów zebrać naręcze

choćby i z mgły najmniejszy

rozmgławicony pęczek

 

Gdyby ten mgielny bukiet

jej się miłośnie dało

z tym delikatnym puchem

z jego poświatą białą

 

Może by popłynęła

wzruszenia rosa: łza

a może lęk, że jestem

rozproszony

niestały

jak mgła…

Przy tym stole

 

Przy tym stole

niewiele by było mi trzeba

by tylko ktoś na mnie czekał

z kubkiem zsiadłego mleka

z kromką chleba

 

I żeby kwitnąca gałąź

jabłoni wiśni czy gruszy

odemknęła okna

z wdziękiem i pięknem

że stół by się poruszył

 

I by się wypełniło

całe mieszkanie kwieciem

a ja bym podsunął jej krzesło

jak trzeba kobiecie

 

Nie ma stołu

nie ma kwiatów

chleba ani mleka

a

Gdy mnie nie ma

nie ma po co

komuś na mnie czekać

Jeśli

 

Jesteś dziecię

dopóki dostrzegasz

motylka na kwiecie

dopóki pieska

po łebku czule głaszczesz

i za barwnym ptaszkiem

masz chęć na drzewo się wspiąć

penetrować chaszcze

 

Jeśli swą siwą już głowę

na kwietnej łące składasz

i laską drzewko

podpierasz złamane

to i w starości

dzieciństwo będzie ci dane

 

Jeśli o Ojczyźnie myślisz

na niebo patrząc

włoskie greckie

i łzę tęsknoty ronisz

 

To jesteś

wciąż jesteś dzieckiem

Nigdy beze mnie

 

Gdy Cię znów zauroczy wiosna

gdy i w Tobie będzie wiosennie

nie oddalaj się ku motylom

a już nigdy, nigdy beze mnie

 

Rozśpiewana porwie Cię jabłoń

bielą kwiatów oślepi grusza

Ty się nigdy, nigdy beze mnie

do ich woni nawet nie ruszaj

 

Kwitnie ptak, śpiewem wiosnę kreśli

sobie tylko wiadomym znakiem

a Ty nawet mnie nie poznajesz

jak ćma w ogień lecisz za ptakiem

 

Minie wiosna i nasze ślady

wiatrem trawy zaraz zarosną

tylko ja, taki sam co zawsze

cały rok, tylko Twoją wiosną

Niewiersze

 

Niewierszem piszę

siewem wielkiego lasu

z maleńkich szyszek

 

Stawiam swoje nierymy

wierzchołkiem drzewa

pędzelkiem piszę trzciny

na jedwabiu nieba

 

Odbijam swe niepisanie

w kałuż lusterkach

a każda zmarszczka

pamięcią jak pieczęcią

brzozy sosny i świerka

 

Są we mnie rozpalone

do czerwoności sosny

ale i tylko rudy

w trawie wyczochrany

rudy lisa kosmyk

 

Bogu dziękuję

za moje wędrówki piesze

za wszystkie i żadne

z nich moje

niewiersze

 

A u mnie

 

A u mnie
cały rok jest Boże Narodzenie
i nigdy
nie przestaję ubierać choinki
w świecidełka
albo ze mchu podniesione
ptasiolęgowe skrzynki

 

I cały rok we mnie
śnieg pada
gwiazdeczkami
mgły
dmuchawców puchem
i gdy gęsi stada
przedwiosennym
jesiennym
gnają podmuchem

 

I cały rok kolęd
nie przestaję
słuchać nucić
aby się zawsze weselić
i nigdy smucić

 

I zawsze
pod rozkwieconych łąk obrusem
znajdę sianko
z maleńkim Jezusem

 

 

A GDYBY TAK MGŁY NAZRYWAĆ

 

A gdyby tak mgły nazrywać

jej kwiatów zebrać naręcze

choćby i z mgły najmniejszy

rozmgławicony pęczek

 

Gdyby ten mgielny bukiet

jej się miłośnie dało

z tym delikatnym puchem

z jego poświatą białą

 

Może by popłynęła

rosa wzruszenia: łza

a może i lęk, że jestem

rozproszony

niestały.

jak ta mgła…

NA EPIDEMIĘ

 

Wszystko jak zawsze

i żadna trwoga

i żadna groza

 

Te same drzewa

modrzew i brzoza

klony te same

świerki topole

i kasztanowce

i ten sam łabędź

po wodzie pływa

z drugim żaglowcem

żaby się zaraz

zbudzą te same

trawy znów będą

mniszkiem usłane

 

Tylko się ludzie pochowali

najwięksi z wielkich

a tacy mali…

WYBACZ MI MAMO

 

Wybacz mi Mamo
tyle mi dałaś
tyle mi dano
przepadło
dręczą uczynki podłe
nie spotkamy się w niebie Mamo
wybacz mi wybacz
że Ciebie zawiodłem

 

Jeden za drugim Mamo
od Ciebie przekaz
że tam gdzieś jesteś
że na mnie czekasz

 

Wędrująca plamka na ścianie
zastygła na Twoim zdjęciu
łkanie
z wnętrza zaciśniętych palców
pięciu
zatroskany Twój głos
z pustego zeszytu

 

Mamo moja Mamo
przytul mnie
przytul

 

Na powrót mnie Mamo
dzieckiem uczyń
swoim i bożym
a dobędzie święty Piotr
któryś z żurawich kluczy
i przed nami
znów razem
Niebo otworzy

 

PÓJDŹ W LAS

 

Pójdź w las
tam kawior leśny
jagody jak winogrona
i ptak zielonopieśny
i wiatr
co dmie w koronach

 
Pójdź w las
poszukaj drobiu
wśród ptactwa gąsek i kurek
Tego co wszystko to objął
I niesie
ze sobą w Górę

 
 

KURKO...

 

Kurko zielonopiórko
słońce dla ciebie
po grzędę złote
i całe podwórko
i liszka pod płotem
kurzym wzrokiem dojrzana
z samego rana

 
i figlarny dla ciebie
kurko zielononóżko
calutki dzionek
pod muszką

 
Kurko zielonooka
chcę poznać twą istotę
jak to jest
że w zielonych wciąż latasz obłokach
w zielonych fruwasz chmurach
a jesteś nielotem
Odgdakaj mi na to pytanie
kurko zielonopióra

 
I czy to prawda
czy tylko bajka
w zieleń zaklęta
że na przedwiośniu
zielone znosisz jajka
a z nich wykluwają się
pąki jak pisklęta
a później jest z nich lato
jak wielka zielona kwoka

 
Więc jak to jest z tobą
kurko zielonopiórko
kurko zielononóżko
kurko zielonooka
 
 

POEZJA MIEJSKIEGO ŚWITU

 

Ze świtem duch jeszcze śpi w narodzie
dwa jadą auta na krzyż
jeden idzie przechodzień
kot na wróbla czatuje w krzakach
ślad na chodniku błyszczy
ośliniony przez ślimaka
jedna sroka lękliwie łypie na boki
chleb z dziobu jej wypadł
już o chleb się biją sroki

 
Mijam przecznice
omijam kałuże
jeszcze bym pozostał
w tym świcie na dłużej
już go mam przytrzymać
już zbieram się do  chwytu
a tu pyk
i nie ma świtu
 

 

PISZĘ

 

tyle igieł liści
tyle tyle grzybów
ważek motyli
tyle jednego jedynego ptaka
przenikającego na wskroś
tyle nartników
piszących wiersze
na płynnej ciszy
tyle tyle mrówek
kąsających uwagami
by im nie stawać na drodze
tyle zielonych tuneli
ze światełkiem na końcu
do którego wcale się nie chce
tyle czułych szeptów
i puszystych baśni

 
oddalając się
jeszcze za sobą ciągnę
smugę mgły zielonej
której nie rozproszą ludzie
nie rozjeżdżą samochody

 
o pisanie mnie nie proście
i tak nieustannie
wyściełam nim swój fotel
wypełniam nim swą pościel
znajduję pośród szyszek

 
piszę

 

 

PISZ

 

może ktoś czeka
ktoś jeden
albo może
i pół człowieka

 
może połową wiersza
jedną frazą
jednym słowem
postawisz boski znaczek
i ktoś się może wzruszy
i może ktoś zapłacze
 
 

O  AMEN

 

Z góry z dołu
z lewej z prawej
ptak krzyczał
ptak furkał
sfrunął owad z nieba w trawę
przebiegła wiewiórka

 
A ja
jakiś niewymodlony
nie do końca amen
a modlitwy moje
beze mnie jakby
sobie same

 
Niedowidzę niedowierzę
sypię pacierz za pacierzem
jak groszem
ale dziękuję tylko
o nic nie proszę

 
Naprawdę o nic
nawet i o najlepszych
na świecie wierszy
tysiąc stronnic

 
Moja jedyna
do Ciebie Boże prośba
prośba i lament
o wymodlenie Cię proszę
o amen
 

 

JEST MOIM MARZENIEM...

 

Jest moim marzeniem 
spełnianie twoich marzeń
jest moim pragnieniem 
spełnianie twoich pragnień  
w szary dzień bez ciebie
jest mi jeszcze szarzej
zapadam się zapadam
zapadam
i osiadam na dnie 

 
Co drugi oddech bym oddał
i puls bym oddał co drugi
na wiatr
wypuściłbym wieczne pióra
w ogień bym farby sztalugi
oddałbym imię nazwisko
i datę urodzenia
oddałbym wszystko wszystko
i tak bez ciebie mnie nie ma
nie ma
 

 

CZY  PAMIĘTA  NASZA DROGA

 

Czy pamięta nasza droga
czy pamięta
choćby w jakichś już zwietrzałych
lasu szczętach
w prochu szyszki
w pyle drogi
w skręcie łyka
że się między
między nami
las zamykał

I odgrodził się gęstwiną
nieprzebytą
aż załkały łąki rosą
w polu żyto
zaszumiała
w poprzek drogi
sosna ścięta
      czy pamięta
      nasza droga
      czy pamięta…

SERCE DZWONU

 

A gdy umilkną dzwony

i od gwiaździstych sklepień

odbije się rozpaczliwe echo

 

i gdy ostatnie organów tony

przyniosą zgon

piszczałkom i miechom

 

średniowieczne katedry

do małych kapliczek

skurczą się w bólu

 

Ale i tak nie zgaśnie

i nie zamilknie

wieczne światełko

 

gorejące serce

w tabernaculum

 

CYK CYK CYK

 

Pomiędzy jawą a snami

zbierała carne jezyny

dziewcynka z warkocykami

 

Do ust wkładała jedną

a drugą do kosyka

a świersc jak stary zegar

cyk cyk, cyk cyk

tak cykał

 

Takie smacne owoce

najlepse gdzie najcerniej

wplątały się warkoce

w kłujące jezyn ciernie

 

Samoce się dziewcynka

wplątana w jezyn wnyki

jak tu złote z tej cerni

uwolnić warkocyki

 

Dziewcynka psestrasona

strach  w ocach i panika

a na to świersc z bliziutka

cyk cyk cyk cyk

Zacykał

 

Uwiez, to nie mamidła

uwolnię warkocyki

nozyce mam w swych sksydłach

wystarcą mi tsy cyki

 

Cyk cyk cyk

I znikł

 

SKRZENIE

 

Poza nocą poza nami
nie było nikogo
psy tylko wyczuły
że Nikt
że Nic
idzie drogą

Nikt niczego nie widział
i nikogo nikt nie znał
tylko noc była
śnieżynkami gwiezdna

Skrzył się śnieg
skrzył gwiazdami
gwiazdy skrzyły się śniegiem
Syriusz skrzył się do Alfy
Procjon błyskał na Wegę

I było skrzenie bez granic
też na Nikogo
i też na Nic

 

KUKUŁKA

 

A na wiosnę
znów pojedziemy w to miejsce
gdzie kuka kukułka
gdzie drzewo
o drzewo się ściera
i skrzypi
jak skrzecząca sójka

gdzie ptak przeleci motylem
a motyl wzleci ptakiem
gdzie wszystko będzie jak wtedy
nie inne nie inaczej
właśnie takie

 

 MOWA TRAWA

 

opowiadają trawy
w którą zając pognał stronę
gdzie bocian gdzie skowronek
który kwiat dziś co powiedział
a te z leśnej polany
wilka wspominają
rysia i niedźwiedzia

opowiadają
jak daleko sprężyk doleciał
i gdzie dziś robota krecia
i jaki skąd czego posiew
wiatr niesie

opowiadają i o kosmosie
a te ze skraju boru
że rój widziały nocą
nie pszczół a meteorów

jeden po drugim smugami latał
jakby Bóg malował
trawę wszechświata

a nieopodal
tysiąc tępych ludzkich żylet
równają trawę z ziemią
by do pięt im nie dorosła
ani o milimetr

mgła poranna rosę roni
strzyże trawę pasikonik 
zarośnięte trawą drogi
szepcze trawa
pośród mogił

  

MOŻE JESZCZE

 

Może jeszcze warto czekać
na to co już było
może jeszcze na człowieka
czeka jakaś miłość

Może wśliźnie się pod kołdrę
przez sen choćby przemknie
i otworzy oczy modre
że znów będzie pięknie

Księżycowy srebrny loczek
na twarzy położy
w samo serce połaskocze
pozdrowieniem bożym

Może zszyje co porwane
niedotkane dotka
może jeszcze tuż przed ranem
coś człowieka spotka

 

 

KOCHAM CIĘ

 

Kocham Cię
śliczna moja
wesoła i smętna
za to Cię kocham
że oczu od Ciebie nie mogę oderwać
moja piękna

Za Twoja niezłomność Cię kocham
i za poetów których kochasz
za to że jesteś w mych lasach
na łąkach na polanach
moja kochana

I za to Cię kocham
że jesteś w świątyniach kapliczkach
w ludziach i prochach
za to wszystko i za wiele wiele więcej
Cię Polsko kocham

 

 

JESZCZE BĘDZIE SMUTNO

 

Jeszcze będzie smutno
przesmutno najsmuciej
jeszcze los na takiej
załka kiedyś nucie
że jednemu z nas dwojga
przestanie być pięknie

A wówczas
wówczas
serce pęknie
i drugie

I będziemy już zawsze razem
nad Biebrzą nad Bugiem
nad morzem nad Narwią
na każdej naszej trasie

W jednym miejscu
w jednym czasie

 

 

JA i DROGA

 

Nie będą mnie obchodzić
żadni ludzie i przedmioty żadne
tak będę iść długo daleko
aż upadnę

Nie będę myślał o niczym
nie będę myślał o nikim
a gdy coś zakrzyczy
przekrzyczę ciszą
te krzyki

A gdy horyzont będzie
tuż przede mną
ja i droga
będziemy jedno

A za mną czarna noc
przede mną poranna zorza
a ja
ja będę szedł prosto
będę skręcał
będę rozdrożał

 

JAK  TO  OPISAĆ

 

Co warte pisanie
jak to opisać

Krajobraz powłóczysty
ledwo w zarysach
przy drodze
kilka lip i jarzębin
i kapliczka w głębi
w niej baba w chuście
dziad z długą brodą
nad świętą wodą
z ikoną i świecą

A dzień już w lesie
a mgła już w łące
ostatnie ptaki lecą
posiany w niebie mak

Jak to opisać
Jak to

Jak

 

NIE ZERWĘ

 

Jawę jak sen
Ci opiszę

Rósł ten
między chodnikiem
a murem smętarza
pierwszy przedwiośnia
mniszek

Chciałem go ofiarować Tobie
dla Ciebie go zerwać
na Święto Kobiet

Już już w mojej ręce
kwiatu łodyżka
lecz puls wyczułem
błaganie
lekarskiego mniszka

Wyczułem przestrach
w oddechu przerwę
mniszka
Już wiedziałem
dla Ciebie nie zerwę
mniejszego braciszka

Miłość mam w sobie i ciszę
serce dla Ciebie przedwiośne
Niech i dla Ciebie mniszek
pomiędzy smętarzem a drogą
sobie rośnie

NIE CHODZI O TO…

Bo tu wcale nie chodzi o to
nie chodzi o to
że żubr, że puszcza
że mchawo, zielono, złoto
że biało, puszyście
igły, liście
drzewa powalone
grzyby, uroczyska
że dęby, świerki, brzozy omszone
graby, olchy, jesiony i klony…

 

Zobaczysz to wszystko
na ścieżkach wyznaczonych
ktoś gdzieś statystykę kleci
jesteś w niej numerem
np. dwa tysiące trzecim
 

Nie chodzi o zwyczajny podziw
o tchnienie puszczy chodzi
poprzez jej śmierć
do jej narodzin
 
Gdy twoje i puszczy istnienia się splotą
niczego nie rozumiejąc
zrozumiesz
 
I o to tylko chodzi
tylko o to

ZASTYGŁ LAS

Jeszcze cień nie zdążył się zwinąć
w rulon kory, w owal nory lisiej
jeszcze trawa ciekła wilczą śliną
promień słońca, choć już przepadł, tlił się
 
Jeszcze zapach nie zdążył się wśliznąć
w sam dech lasu i w tajemni głębię
ruch się jeszcze nie zasklepił blizną
drżał listeczkiem na brzozie i dębie
 
Ptak nie zdążył jeszcze zamknąć dzioba
grzyb odnaleźć więcej miejsca w runie
dudek sobie samemu spodobać
pająk brzdęknąć komarem na strunie
 
Jeszcze we mchu, zdumiona stonoga
nogi unieść nie zdążyła jednej
szpon bielika, jeszcze tkwił w ostrogach
zastygł słuch na sarniej straży przedniej
 
Gdy ja wszedłem, do tej swojej puszczy
w ten swój las, który na mnie czekał
z sosny płatek bursztynem się złuszczył
coś mnie tchnęło. To… boża powieka…