Ciii… SZA…

"Z moich wędrówek"

Ciii… SZA…

 Słońce wtaczało się w leśnorunne samo dno lasu. Przez chwilę pojawiło się na końcu drogi ukazując w rozświetleniach całą jej puszystość, miękkość i giętkość. Większe i mniejsze wiązki pomarańczowych smug przedzierały się przez każde okienko gęstwiny dzikiego lasu, a padając na leśny dukt układały na nim świetliste szczebelki drabinki wiodącej w sam głąb Tajemni. Świerkowe ręce, z długimi, zwieszonymi rękawami igliwnych gałęzi, zapraszały w bieg leśnego, ciemniejącego z każdą minutą duktu. Każda kropelka niedawnego deszczu lśniła migotliwie w ogromie leśnych galaktyk. Sosnowe pnie stały jak pełgające pomarańczowymi płomykami gromnice, by z wolna gasnąć z purpury w karmin i odcienie brązu, by na końcu zlać się w miękką ciemnię zielonej nocy.
Ale zanim, minęli się. Minęli się tak, jak mija się w lesie krzew, grzyb, mchem zielony pień, czy po prostu drzewo. Oboje lekko się uchylili by nie zderzyć się ramionami. Pojawienie się kogokolwiek w takim miejscu, o takiej porze, było dla nich obojga takim zaskoczeniem, że mało brakowało, a wpadliby na siebie. Nie zdążył ani słowem, ani nawet nijakim gestem jej pozdrowić, ale wystarczyła może sekunda by zauważył, że mijana postać była starszą, szczupłą kobietą o szlachetnych rysach.
Gdy po kilkunastu krokach odwrócił się, jej już nie było.
Dziwne –pomyślał. Powinna być jeszcze na drodze! Gdzie się podziała? Czyżby weszła w las?
Po parnym dniu, jak wosk na świecach, spływały z iglastych drzew krople żywicy.
Czas gdzieś przycupnąc, przenocować… – pomyślał.
Skręcił w las. Całe jego stopy, po kostki i wyżej, zapadały się w mech. Rozglądał się za miejscem do siedzenia, takim z oparciem w postaci grubego drzewa bez sęków. Znalazł je szybko, pousuwał spod niego szyszki i kilka gałązek, rozłożył przeciwdeszczową kurtkę i usiadł obserwując zapadanie się lasu w noc.
Gdy postaci świerków zagarniały w siebie resztę dnia, z sekundy na sekundę przygasały sosny i tylko jedno nie wiadomo skąd światełko zatliło się na jednej z nich czerwienią, aż zbrązowiało, sczerniało i wtopiło się w przepastną dziuplę nocy.
Coś szurnęło nieopodal, a zaraz po tym, z wysoka, przejmująco krzyknął drapieżny ptak, a jego głos długo jeszcze odbijał się od drzewa do drzewa i tyle było w tym echa, ile było drzew w całym lesie.
Oparł głowę o pień, zamknął oczy…
Coś znowu zaszeleściło.
Rozejrzał się, ale nikogo, niczego, prócz nocy i lasu, nocy w lesie i lasu w nocy.
Przed kim uciekasz? – zapytał głos z drugiej strony pnia.
Znów się rozejrzał i znów nikogo nie dostrzegł. Nie przestraszył się, zdziwił tylko.
To… pani? Kim pani jest?
Ja pierwsza zadałam pytanie…
Przed nikim nie uciekam, po prostu mnie niesie, coś mnie przyzywa, coś woła, nie daje o sobie zapomnieć. To coś jest tutaj i oto tu jestem. Przestało wołać, więc jestem u celu. I jest mi tu dobrze, najlepiej. Kim pani jest?
Dowiesz się, we właściwym czasie. Pozwól mi zadać kilka pytań.
No dobrze, jak pani sobie życzy.
Od ludzi uciekasz? Nie lubisz ludzi?
To nie tak… W mojej pracy codziennie spotykam się z setkami ludzi, większość z nich lubię, zdaje mi się też, że jestem przez nich lubiany. Piszę też dla ludzi. Ale jestem już nimi zmęczony. Wie pani… Zmęczony jestem nawet nie tyle ich widokiem, co tym mówieniem. Tak bardzo tęsknię za milczeniem…
Wiem, jestem niekonsekwentny, rozmawiam teraz z panią…
To się tak tylko tobie wydaje – przerwała.
Zdziwił się. Przecież wyraźnie słyszał jej głos.
Co ona plecie? – pomyślał.
O czym, dla kogo piszesz?
Takie tam… Wiersze, opowiadania…  O swoim miejscu jak to tutaj, o bezradności wobec jego piękna, jego tajemnicy; o tym, jak bardzo jestem stąd, jak mało stamtąd, o ciągłym odnajdywaniu w tym Boga, w każdym najmniejszym szczególe tego tutaj. O tym piszę. Dla kogo? Nie wiem…
I zależy mi na tym by ktoś to czytał, i nie. Mam świadomość swojej inności, odrębności, swojego – być może nawet – dziwactwa. Mam prawo tak myśleć. Gdyby to kim i jaki jestem było zwyczajne, powszechne, spotykałbym na swoich drogach ludzi, a tymczasem – nikogo; no, prawie… Bywam na kompletnych bezludziach, bezdrożach, o każdej porze roku. Nie mówię o swojej wyjątkowości; jestem nie lepszy, nie gorszy; inny.
Czego tutaj szukasz? Widziałam, że przytulasz się do drzew, wzruszasz nad każdą roślinką, przemawiasz do kamieni…
Nie wiem. Może szukam takiego siebie, jakim jestem? Takiego siebie, który nie musi nikogo i niczego przed nikim  udawać, który siebie samego nawet nie zna, a chciałby wiedzieć kim jest? Nie wiem…
Przytulam się do drzew, wzruszam nad każdą roślinką, przemawiam do kamieni… Skąd pani o tym wie? Ale to prawda. Nie wierzę w to, że drzewa przekazują jakąś energię, np. dąb – moc, brzoza – piękno, wrażliwość… Zbyt jestem stąd, z tutaj, by nie wiedzieć, że to są brednie. Przytulam się do drzew – z miłości do nich. Miłość przecież nie jest relacją „coś za coś”. Jest bezinteresowna. Niczego nie oczekuję od brzozy, dębu, kasztanowca, grabu, buka… Drzewa okazują mi wzajemność przymiotami wynikającymi ze swej istoty: dają mi cień, oparcie dla zmęczonych pleców, dają mi szum koron, dają ptasi rajśpiew… Ale do drzew się nie modlę, bo drzewo nie jest i nigdy nie będzie Bogiem, „bogiem” z wielkiej, czy małej litery, obojętnie. Z kamieniami rozmawiam, bo one też na swój sposób żyją: sapią, przeciągają się, ziewają, pocą się, naprężają i kurczą, leczą odleżyny… Wszystko co istnieje ma swoje życie – pojedyncze, osobne. Ma też sens swego istnienia, swoje miejsce we Wszechświecie. By to pojąć, wystarczy położyć się w runie, spojrzeć na świat z perspektywy najmniejszej drobiny. Gdy uświadomimy sobie, że jesteśmy mniej ważni od niej, może uda się nam wzlecieć ponad las motylem?
Wciąż pani zadaje mi pytania, a ja nic nie wiem o pani.
Nie mów do mnie „pani”.  Ciągnie cię do lasu. Jak wilka…
A żebyś wiedziała. Bliżej mi do wilka niż człowieka. Bez map, kompasu, drogowskazów, wyczuwam kierunki, rzadko kiedy mylę się co do pogody, umiem czytać ze śladów, znam grzyby, rośliny, wiem co i kiedy przeszło. Ci, którzy ze mną bywali, nie mogli się temu nadziwić. Niektórych to nawet przerażało. Że niby jak to jest możliwe… Tymczasem nie ma w tym nic dziwnego. To tylko topografia, znajomość własnego domu, mieszkania. W miastach kompletnie się gubię.
A nie boisz się?
Niby czego mam się tu bać? Nie ma tu lwów, tygrysów, jadowitych pająków, śmiertelnie groźnych żmij…
Są wilki.
Chyba o ludziach mówisz. Prawdziwe wilki mało kto widział. Nawet ich badacze muszą długo czatować by je zobaczyć. Wilki stronią od ludzi. Mają od kogo. Ech… Rozgadałem się…
Nie szkodzi, mów.
Po co właściwie o tym mówić? Milczeć trzeba. Nie jestem tu sam. Ktoś mi kiedyś powiedział, że gdy moja jedna para oczu patrzy i nie widzi, niewyobrażalna ilość oczu patrzy na mnie. I wyczekuje kim jestem, czy intruzem. Chciałbym kiedyś by moje oczy dołączyły kiedyś do ich oczu…
Nie kochasz ludzi?
Jestem dla ludzi życzliwy. Nie ma nikogo, kogo bym nienawidził, ale jednak trudno mi kochać kogoś, kto się drze w lesie, kto quadami rozjeżdża leśną ciszę i dukty wiodące do tajemnicy, kto jedzie rowerem przez las mając do kierownicy przyczepione coś, co emituje jazgot i bełkot, kto potrafi sobie zadać  trud dotarcia do Czarowni w środku lasu, by zostawić tam opakowanie po chipsach i kilka puszek, butelek po piwie… Przecież to nie nasz dom, jesteśmy gośćmi, a gość musi umieć się zachować będąc u kogoś w gościnie. Czy sarna, borsuk, żuraw, żuk, wprowadzają się do naszego domu, urządzają sobie w nim gody, załatwiają swoje potrzeby, urządzają harce? Tu nie tylko chodzi o to, by umieć się w lesie zachować: nie krzyczeć, nie śmiecić, nie rozpalać ognisk, nie niszczyć, ale o to, by kochać ciszę. Ze wszystkimi jej dźwiękami. Dlatego też, nie mogę się też nadziwić tym, którzy na przykład w maju, w najpiękniejszym czasie ptasich rajśpiewów zakładają sobie na uszy słuchawki… Niewielu jest takich, którzy rozumieją, czują to o czym tu mówię.
A gdy się kogoś takiego spotka na bezdrożach, bezludziach, to ciarki wzruszenia przechodzą.
Spotkanie pewnego starszego pana na Bagnach Biebrzańskich… Pojawił się nie wiadomo skąd i tylko przyłożył palec do ust szepnąwszy: „Ciii… Proszę dalej nie iść. Tam są żurawie…”
Napotkanie pewnego młodego człowieka w drodze na Czerwone Bagno, też nad Biebrzą, idącego przed siebie prawie w noc, z każdym krokiem oddalającego się od ludzi.
Albo spojrzenie z wydmy na trzech idących wzdłuż morskiego brzegu mężczyzn, zapewne ojca z synami… Słońce malowniczo zachodziło… Szli, szli, szli… Nic do siebie nie mówili. Zapytałem ich w sobie dokąd, po co tak idą. Usłyszałem skądś: „Idziemy dla drogi, dla niej samej”. I to są spotkania z tymi, których się kocha. Spotkanie z tobą też.
Bo przywołałam ciebie. I trochę poznałam. Wiesz… Jeszcze nie jesteś całkowicie stąd, jeszcze nie ma w tobie pełni ciszy. Gdy ją w sobie odnajdziesz, staniesz się nią.
Kim jesteś?
Cisza.
Kim jesteś? – ponowił pytanie.
I wówczas usłyszał:
Jeeesteeem ciiisząąą…
Ciii… Szaaa…
A ten głos, ten głos ten głos, szedł w głąb lasu, szedł i szedł, a idąc zanikał, zanikał, zanikał…
Aż przepadł.

 

Ciii…

 

Po rozmowie z nieznajomą, jeszcze długo nie mógł zasnąć. Nie dawały mu spokoju myśli o tym kim była, skąd się wzięła i jak to możliwe, że tak niewiele zdążył jej powiedzieć, powiedziawszy jednocześnie za dużo. Próbował zdrzemnąć się choć na chwilę, ale ostatnie wydarzenia skutecznie przegoniły z niego wszelki sen. Uwierały go nierówności pnia o który się opierał, kręcił się, poprawiał i zsuwał, aż tak skopał runo jakby je dziki rozryły. W końcu, nie wiadomo kiedy, znalazł się całym sobą w poziomie i w takiej to pozycji nareszcie zasnął.
Śniła mu się przyszłość. Patrzył z góry. Tłum ludzi stał przed rachitycznym, jedynym drzewem rosnącym na niezmierzonej pustyni. Drzewo otaczał wysoki, gruby mur ze szkła. Przewodnik wskazując na nie, mówił:
„Nie do uwierzenia! Mogą sobie państwo wyobrazić, że kiedyś tym palono?!”
W tym momencie obudził się. Nie miał spokojnego snu. A to wyjmował spod pleców jakąś uwierającą go szyszkę, a to borsuk czegoś szukał pod kapotą na której leżał, a to nad ranem zaczęły mu dokuczać wilgoć i poranny chłód. Gdy gałęzie świerków zaczęły się rozchylać ukazując nieśmiałą jeszcze jasność nowego dnia, postanowił wracać. Miał przed sobą wiele, wiele dróg do domu.
Szedł, szedł i szedł…
Szedł, nocował oparty o pnie, zsuwał się w poziomy runa, szedł i szedł, nocował oparty o pnie, zsuwał się w poziomy runa…
Aż dotarł do domu.
Do pracy zawsze jeździł rowerem. Bardzo tę swoją robotę lubił, ale coraz bardziej mu dokuczała, ponieważ polegała ona na nieustannym prawie mówieniu. Z umiłowania przestrzeni zawsze miał w domu uchylone okna, ale musiał je zamykać z powodu nieustannego jazgotu karetek, samochodów i rozmów dobiegających z zewnątrz.
W wolnym czasie uciekał w swoje lasy, ale i w nich nie zaznawał spokoju z powodu samolotów tnących na kawałki przestwór nieba.
W lasach swojej okolicy znał nieomalże każde drzewo. Pewnego razu znów wyruszył. Odmierzył sobie czas i odległość tak, by dotrzeć przed zapadnięciem nocy do tej właśnie, nie innej, rozłożystej sosny, daleko, daleko od domu. Tylko ona gwarantowała mu ciszę.
Pokryte chmurami niebo, szybciej przywoływało noc. Wiatr, falami dmuchał w korony drzew, strząsając z nich szyszki i pojedyncze suche gałązki.
Jak skarga, jak lament, jęczały żałośnie dwa ocierające się o siebie wysoko drzewa.
Pośród nich, nieco na uboczu, rosła ta właśnie, nie inna, stara, krępa sosna z grubymi konarami i gęstą igliwną koroną.
Był u celu.
Usiadł, opierając się plecami o drzewo.
Jeeesteeem… – wyszeptał głos z drugiej strony sosnowego pnia.
To… ty?! Skąd się tu wzięłaś?! Już myślałem, że jesteś złudzeniem, marą, że coś nie tak z moją psychiką.
Bo jestem, jak powiedziałeś – marą, złudzeniem, ale i nie jestem nim. Cisza mam na imię. Ale tak naprawdę, mam dwa imiona: Ciii… i Sza… Używam ich naprzemiennie, to zależy…
Od czego?
Ciii… nazywam się wtedy, gdy nie trzeba nic mówić, Szaaa…, gdy to o czym rozmawialiśmy ma zostać między nami. Imię Cisza, to ideał: mówimy do siebie w sobie, bez dźwięków. Ty do tego ideału dążysz. Chcę tobie w tym pomóc.
Po co?
Byś zyskał spokój, byś już nie wędrował, byś nie czuł się tak straszliwie nieszczęśliwy.
Skąd to wyróżnienie?
Jesteś tego wart, po prostu.
Chciał jej odpowiedzieć, ale słowa uwięzły mu w wargach, język znieruchomiał.
Czy rozmawiamy bez słów? – pomyślał.
Tak, bez słów – odpowiedziała.
Czy, czy, czy ty jesteś… moim Aniołem Stróżem?
Tak jakby. Poszukujesz Boga?
Nie. Nie muszę szukać. Jest wszędzie, w każdej najmniejszej – ożywionej i nie, drobince tego co tutaj. Nie szukam na nic odpowiedzi, jestem bezradny wobec ich harmonii, wobec ich Tajemnicy, którą nazywam „Tajemnią”. I dobrze mi z tym. Kiedyś miałem potrzebę identyfikacji roślin, zwierząt, grzybów, porostów, kamieni, chmur i gwiazd. Szukałem po mapach, atlasach, kluczach do oznaczania. Wiele, bardzo wiele ich nazw mam jeszcze w głowie.  Jeszcze czasami zdarza mi się otworzyć którąś z tych książek, szukać nazwy jakiejś rośliny czy owada, ale już się poddaję. Tu nie chodzi nawet o bezradność w zapamiętaniu choćby ich części, ale o to, że już nie mam nawet tego rodzaju ciekawości. W końcu ktoś kiedyś, człowiek jak ja, tak a nie inaczej je nazwał, tymczasem one i tak istnieją obiektywnie, czy tak się nazywają, czy inaczej. Mam ich swoje własne nazwy. Wszystkie one nazywają się: „niewypowiedzeniem”.
Czyli… ciszą?
Tak, ciszą, słowem, które więźnie w gardle, bo nie da się nim wypowiedzieć Piękna, które dał człowiekowi Bóg.
A poezją?
Poezja jest kroplą rosy, łzy, deszczu… Każda kropelka, to literka. Prawdziwy poeta posiada zdolność składania z nich wierszy. Dopóki dostrzega w nich własne odbicie… Niestety w  większości, „poeci” czytają mętnymi oczami  z mętnych kropli. W mętnych czasach oni niestety rządzą…
Jest w tobie rozżalenie…
No bo już prawie nikt nie pisze tak, by wzruszać, by komuś było piękniej. Już prawie się nie zdarza, by ktoś po ciężkim dniu zasnął z tomikiem wierszy współczesnego poety z uśmiechem na twarzy…
 „Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?”. To z „Dziewczyny” Leśmiana. Starczy za komentarz.
Westchnęła jękiem dwóch drzew ocierających się o siebie na wietrze.
I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie! A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie? – dokończyła.
Znasz ten wiersz?!
Ciii…
i…
i…
i… – odpowiedziała echem.
I przepadła.

  

SZAAA…

 

            Kosiarki, kosiarki, kosiarki… Niezliczone koła, niepoliczone nożyce ludzkich nóg rozjeżdżają, tną powietrze miasta. Bez ustanku dysząc, sapiąc, krztusząc się, charcząc, terkocze niszczarka ciszy. Kosiarki na ulicach, kosiarki w powietrzu.
Uciec od nich! Jak najdalej, jak najdalej, uciec, uciec, uciec…
Ruszył.
Poza śródmieściem, w dzielnicy jednorodzinnych domków, nieomal na każdym prywatnym trawniku buczała kosiarka. Dobrze utrzymany trawnik, to przecież tyle a tyle wysokości trawy i ani milimetra więcej. Przyrosła w nocy o milimetr, dwa? Odpalanie kosiarki. To nic, że w upalne, suche lata kosiarki na miejskich trawnikach tną suche badyle co jeszcze bardziej wysusza czekającą na lepszy czas trawę. Kosić, kosić, kosić. A gdy już nie ma co, bo jesień, odpalanie następnych, czyli kosiarek od przedmuchiwania z chodników opadłych liści. To nic, że ledwie kosiarz doszedł do końca, wiatr je z powrotem nawiał na chodnik. Kosić, kosić, kosić. Elektrycznie, spalinowo, samojezdnie, e-ko-lo-gicz-nie. Żeby było zadbanie, estetycznie. No i koniecznie należy wydłubać każdy najmniejszy nawet strzęp zielonego z chodników. Bo człowiek może się na tym potknąć, pośliznąć, bo zieleń wygląda brzydko tam, gdzie jej być nie powinno. Gdzie być powinno, a gdzie nie, urzędnicy zapisali i umieścili w szufladach tabelek i wykresów. Drżyjcie malownicze łany mniszków, stokrotek, krwawników, rumianków, ślazu, powoju. Ma być – e-ko-lo-gicz-nie.
Nie było ucieczki od kosiarek. W lesie rozkawałkowywały ciszę piły spalinowe, nad Hańczą cięły ją kompresory do ładowania butli dla płetwonurków, a zdarzało się, że nawet i do Tajemni, ni stąd ni zowąd, docierali kosiarze czyniący na niej gwałt głośnym zachowaniem.
Kosić, dmuchać, dłubać… Ma być jak w Niemczech, Holandii, Danii, a nie jak za Bugiem.
Kupił kolejowy bilet na Podlasie.
Całą nieomal drogę od Torunia do Warszawy buczały kosiarki. Od Warszawy na wschód, powoli, powoli, z każdym kilometrem tępiły się, by bliżej Białegostoku, znów wyszczerzyć swe ostre kły .
W Białymstoku wsiadł w autobus na Supraśl i wysiadł po drodze na dzikim przystanku w Puszczy Knyszyńskiej. Po kilku kilometrach puszczańskich dróg, trafił na polanę. Było na niej kilka malowniczych, drewnianych, starych chałup. Przed nimi stały terenowe auta z rejestracjami wielkich miast, głównie z Warszawy, a przed bramami wjazdowymi – gotowe do koszenia ciszy quady. Jazgotały kosiarki.
Pouciekali z hałasu swych miast… – westchnął.
Szedł na wschód, w tereny przygraniczne. Gdy minęły go dwa quady z kosiarzami zahełmionymi w trupie czaszki, przypomniał sobie wahadło – Anioła Śmierci z kosą przy głównym wejściu do katedry w Kartuzach. Nie wytrzymał. Nagle skręcił w chaszcze. Potykał się, przewracał, szarpał czepliwymi, ostrymi krzewami odzienie, ale szedł jak obłąkany, przed siebie, byle daleko, daleko, gdziekolwiek!
Wył w sobie z bezradności, z pragnienia ucieczki – gdziekolwiek, gdzie-kol-wiek, byle daleko od kosiarek!
Aż dotarł do pewnej wioseńki, w której były kryte strzechą, jeszcze z belkami poutykanymi mchem chałupy i studnie z żurawiami. Za kilkoma domostwami, w nieodległym tle, melancholiła się rozległa ściana brzeziny. Zapatrzył się w nią. Była w niej jakaś nieogarniona nostalgia, jakaś za czymś tęsknota, smutek jakiś, łkanie jakieś, skarga jakaś… Coś go do niej ciągnęło, coś się w niej przed nim otwierało, coś zapraszało w głąb… Usiadł pod wielką lipą, w której brzęczała jeszcze pamięć lipca. Wyjął kanapkę, butelkę z napojem i zaczął się posilać. W pobliskiej zagrodzie nie przestawał szczekać pies. Do obrosłego mchem i porostami starego, drewnianego płotu podeszła starowinka i od razu skierowała wzrok na niego.
Wejdzie pan do izby – zaprosiła.
Wstał, podszedł do otwartej już furtki. Czarny kundelek rzucił się na niego ze szczekiem.
Cichutko piesku, bo cię ugryzę – zażartował.
Piesek zamerdał na jego słowa ogonkiem, obwąchał go i zaczął się łasić.
Pan wejdzie, zrobię herbatę – zachęciła gospodyni.
Wszedł do izby schylając głowę pod niskim progiem, kłaniając się tym samym ikonie.
Slawa hospodi Isusu Kristu – powiedział.
Prawosławny?
Nie, ale co za różnica, jestem wierzącym chrześcijaninem.
Nagle coś go tknęło. Skądś znał ten głos…
Nie mam wiele, tylko suszone jabłka – powiedziała starowinka, zdejmując znad kuchennego, kaflowego pieca sznur nawleczonych na nitkę jabłczanych płatków.
Zje pan, zaraz zrobię herbatę – powiedziała poprawiając chustę w kolorowe kwiaty i stawiając na kuchni emaliowany, ozdobiony dokładnie takimi samymi kwiatami czajnik.
Gdy już stał na ogniu, usiadła naprzeciw niego i patrzyła mu w oczy.
I zobaczył w nich tę samą brzezinę, którą przed chwilą widział za jej domem.
Tę samą w nich nieogarnioną nostalgię, jakąś za czymś tęsknotę, smutek jakiś, łkanie jakieś, skargę jakąś, ale i blik, światełko w powłóczystej mgle jej oczu.
Rozmawiali ze sobą bez słów. Dowiedział się, że w brzezinie jest mały drewniany domeczek, raczej szopka, w której mógłby zamieszkać na stałe.
Po poczęstunku wyszli przed dom, a ona przyłożyła pionowo palec do ust, drugą ręką wskazując na brzezinę.
Szaaaa… – wyszeptała.
I poszedł.
I gdy tak szedł do swej pustelni powiał wiatr, a nieskończoność żółtych liści sypała się z nieba, ścieliła się przed nim dywanem i układała w wiersz…

Skomlę wołam krzyczę
z tęsknoty
do kaflowego pieca
do jego żeliwnych drzwiczek
do jego ciepła na plecach

Wołam ze swej pustelni
od rusztów żeber
po popielnik
mój piecu piecyku
do siebie mnie
przytul

Za jaśminowym tęsknię płotem
za karmnikiem z głogu z jarzębin
wołam i łzawię
ze swoich głębin
do studni z żurawiem

Tęsknię do woni siana
w kopcach w stogach w stodole
do dymu z palonych łętów
snującego się polem

Tęsknię do chałup krytych strzechą
do świętych tęsknię sosen
Gdy już nic z tego
i do mgielnej postaci tęsknię
niosącej kosę