Czy jestem „poetą, prozaikiem, rysownikiem i malarzem”, niech inni ocenią. Dużo wędruję.

Należę do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddział Warszawa.

Urodziłem się 11.01.1956 roku w Toruniu. Mieszkam i pracuję w tym mieście, choć jedną trzecią swego życia żyłem na wsi.

Jestem absolwentem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, nauczycielem, wychowawcą, pedagogiem.

Moje książki poetyckie: "TAKIJEDEN", "ŁAGODNIA", "ULOTNIA", "PRZEDZIWNIA. BALLADA O GENKU", "POWŁÓCZYSTOŚĆ. DROGAMI, BEZDROŻAMI PODLASIA".
Maluję, rysuję. Ostatnio już tylko rysuję. Cztery moje książki zawierają ilustracje mojego autorstwa.

 

 

Nieustannie poszukuję... Ciszy.

 

Tej wokół i tej w sobie.

 

Gdzie jesteś Ciszo? 

 

 

BRZOZOWE OKNA

Janusz Andrzejczak, 2019

Ktoś dawno, dawno temu, pobudował w miastach i miasteczkach domy. Były to przeważnie mieszczańskie, murowane kamienice, ale były wśród nich i domy w całości z drewna. Żywe, zamieszkałe domy, musiały mięć oczywiście drzwi, czyli usta i okna, czyli oczy.
Nie było jeszcze wówczas plastiku, wiec zarówno usta jak i oczy domów, były zrobione z drewna.
Jak wiadomo drewno nie bierze się znikąd, tylko z drzew, a drzewa rosną w lesie. Drwale, którzy trudnili się wycinaniem drzew, mieli szacunek do każdego z nich, bo im drzewo było starsze, im grubsze, im zdrowsze, tym większy stawiało opór. By wyciąć wielką sosnę, świerk, a zwłaszcza dąb, oj, musiał się drwal namachać ręczną piłą i siekierą! Spocił się przy tym, zmęczył tak, że po powrocie do domu padał bez tchu do łóżka.
Później to drzewo trzeba było końmi przetransportować do tartaku, trzeba było je pociąć na deski, z tych desek stolarz robił drzwi, okna, dachy i inne elementy domu.

Te usta i oczy domów, mimo, że już były poza miejscem skąd pochodziły, nigdy, pomimo pokrycia ich farbą, nie przestały szeptać, widzieć i oddychać lasem. Były piękne! Żadne z nich nie było płaskie, wszystkie miały rowki, wgłębienia, wyżłobienia, bywało, że i artystyczne nacięcia, na przykład w kwiaty. Najpiękniejsze były ich górne, łukowate, połączone w jeden punkt zwieńczenia, zupełnie jak w gotyckich witrażach. Miały metalowe, fantazyjnie odlewane okucia. Zasuwki, klamki, zamki, były w nich prawdziwymi dziełami sztuki. Jak każde oczy, także i okna, potrzebują wypoczynku. Nie posiadały one naturalnych powiek, więc ludzie zakładali tkaniny, jedno, albo wielobarwne. Czasem sięgały one od sufitu do podłogi, czasem zaledwie przykrywały okna. Bywały jedno barwnie białe, brązowe, zielone, niebieskie, żółte, w każdym z możliwych kolorów, ale były i w paski, w kwadraty, w esy – floresy, w tulipany, żonkile, w kwiaty bzu, wiśni, jabłoni, w żółte kaczeńce i w czerwone róże.

Aż zestarzały się domy. Ktoś wymyślił plastik. Plastikowych okien już nie trzeba było malować, uszczelniać styku z nimi szyb kitem, były wygodne, szczelne, niewrażliwe na deszcz, mróz i śnieg.
I wszyscy zapragnęli mięć takie właśnie okna.
Masowo, w każdym domu, w każdym mieszkaniu, zaczęto drewniane okna zastępować plastikowymi.
No i stare oczy domów wyrzucano na śmietnik.

Zakładaniem plastikowych okien trudnił się pewien dobry człowiek. Od dzieciństwa kochał las, a w nim drzewa, ale prace miał, jaką miał: zakładał nowe okna i musiał wyrzucać na śmietnik stare. Wyrzucając je, pewnego dnia pomyślał:
Szkoda mi ich. Takie są piękne! Zawiozę je bratu na wieś, może mu się do czegoś przydadzą?
Jak pomyślał, tak zrobił.
Jego brat, w wolnych od uprawiania ziemi chwilach, malował obrazy. Malował lasy, drzewa, jeziora, malował to, w czym żył, ale i malował to, za czym tęsknił.
No i pojechał brat do siebie, a on z tymi oknami został. Stoi przed ich wielką stertą i nie wie co z nimi zrobić.
Do budowy szklarni się nie nadają, bo za ciężkie. Pociąć na opał – szkoda. Też mnie brat uraczył kłopotem!
Aż wziął jedno z nich do rąk, podniósł na wysokość lasu w oddali i zobaczył w oknie oko. I to oko, patrzyło na las…
Przecież można osadzić w nich płótno i na nim malować!
Tylko co zrobić z farbą, którą są pokryte?!
Wziął nożyk i zaczął skrobać.
Ależ tu warstw farby! Tego się nie da zrobić! I te wyżłobienia! Jak z nich wyskrobać farbę?! Nieopodal niego mieszkał sąsiad. Tak się w jego życiu ułożyło, że został bez środków do życia. Mieszkał w rozpadającej się chałupie krytej strzechą, nie miał wody, nie miał prądu, nie miał co jeść. Ale miał coś, czego inni nie maja: czas, siły i cierpliwość. Za posiłek, za drobną zapłatę, skrobał w stodole te okna. Gdzie farba za bardzo przylegała, gdzie dojście do niej było zbyt pracochłonne, często i niemożliwe, brał elektryczną opalarkę, a gorące, wydmuchiwane z niej powietrze zmiękczały wiekowe warstwy farby. Niesamowite, że z większości okien wytapiała się jeszcze stuletnia żywica! Jej zapach, zapach tamtego lasu, wydobywał się z desek zrobionych z tamtych drzew, z tamtego lasu!

Z osadzeniem w tych oknach płótna, wcale nie było łatwo. Musiało być ono porządnie naciągnięte, a przecież okna były ku górze łukowate, wiec trzeba było drobniutkimi gwoździkami raz przy razie płótno nabijać, jednocześnie je naciągając. Bolały go od tego dłonie, bolały palce.  W końcu opanował te sztukę. Zagruntowywał kolejne, osadzone w starych oknach płótna i malował w nich obrazy. Podobały się, ludzie je kupowali. Niebawem rozproszyły się one po całym nieomal świecie. Aż zdarzyło się, że musiał opuścić swój dom na wsi i któregoś dnia, wyprowadził się do miasta skąd pochodził. Zabrał ze sobą tylko to, co mogło być przydatne, co mogło się pomieścić w niedużej piwnicy w miejskim bloku.

Wyciągnął trzydzieści kilka okien na podwórko i zasmucił się. No i co ja z wami zrobię w mieście? Gdzie ja będę malował wasze na świat spoglądanie? Gdzie ja was pomieszczę? Tyle z wami było pracy, tyle trudu, tyle moich tęsknot! Co mam z wami zrobić?

Dręczyło, paliło go sumienie, bo nie umiał ich pozostawić na poniewierkę, na spalenie przez kogoś w piecu.

Co ma być, to będzie! Biorę je! – zdecydował.

No i je zabrał. Zniósł do piwnicy, upychając gdzie się dało i nie dało. Przeszkadzały, były przekładane z miejsca na miejsce, ale wyrzucić ich nie umiał.

Z dziesięć lat tak sobie leżały, aż któregoś dnia wyruszył rowerem w te swoje lasy i w przerwie dalekiej drogi zapragnął odpocząć.

Leżała sobie powalona, martwa brzoza i on na niej usiadł.

Usiadł, ale w środku było próchno i zamiast siedzenia, zaliczył leżenie na ziemi.

Wstał, spojrzał zdziwiony…

Na zewnątrz niby cała, a w środku próchnica! Jak to się dzieje, że kora brzozy też nie spróchniała?

Wyjął składany nóż, który zawsze miał ze sobą i powycinał wielkie płaty brzozowej kory. Była przepiękna. Miała naturalne zgrubienia, nierówności, ślady po gałązkach, gdzieniegdzie regularne dziurki – ślady po stukaniu dzięciołów i po owadach. Zdarzały się i huby.

Nie wiem po co mi to, ale coś mi szepcze, że będzie z tego coś pięknego.

I gdy wracał do domu z tymi płachtami brzozowej kory, nagle go olśniło!

Okna! Osadzić tę korę w oknach!

I tak też zrobił.

Dziś, oczy niegdysiejszych domów, patrzą w innych domach brzezina.

Ktoś je zawiesza w na ścianach swoich wiejskich domów w miejscach, w których prócz tych okien, nie ma innego okna.

Kto umie patrzeć, zobaczy w nich brzozy wiosną, latem, jesienią i zimą.

Kto nie ma dwojga okien na swojej twarzy, nie ma na niej i oczu.

By umieć patrzeć, trzeba zawsze mieć ze sobą okna.

Brzozowe Okno I Janusz Andrzejczak

                                                                       I. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak (wym: 106 x 74 x 61 cm)

 

II Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak

                                                                                        II Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak

III Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak

III Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak

IV. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak

IV. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak

V.Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak

                                                                 V. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak (wym. 95 x 77 x 50.5 cm)

VII. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak

                                                                   VII. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak (106 x 63 x 49 cm)

VIII. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak

                                                                VIII. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak (wym. 93 x 43 x 38 cm)

XI. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak

                                                                 XI. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak (wym. 105 x 73.5 x 60 cm)

VI.A. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak

                                                                  VI-A. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak (wym. 92 x 43 x 37 cm)

VI-B. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak

                                                              VI-B. Brzozowe Okno Janusz Andrzejczak (wym. 92 x 43 x 37 cm)

Brzozowe Drzwi Janusz Andrzejczak

                                                                       Brzozowe Drzwi Janusz Andrzejczak (wym. 99 x 108 cm)

Brzozowy Obraz Janusz Andrzejczak

                                                                      Brzozowy Obraz Janusz Andrzejczak (wym. 53 x 93 cm)

 
 
 

 

NIE CHODZI O TO…

 

Bo tu wcale nie chodzi o to
nie chodzi o to
że żubr, że puszcza
że mchawo, zielono, złoto
że biało, puszyście
igły, liście
drzewa powalone
grzyby, uroczyska
że dęby, świerki, brzozy omszone
graby, olchy, jesiony i klony…

 

Zobaczysz to wszystko
na ścieżkach wyznaczonych
ktoś gdzieś statystykę kleci
jesteś w niej numerem
np. dwa tysiące trzecim

 

Nie chodzi o zwyczajny podziw
o tchnienie puszczy chodzi
poprzez jej śmierć
do jej narodzin

 

Gdy twoje i puszczy istnienia się splotą
niczego nie rozumiejąc
zrozumiesz

 

I o to tylko chodzi
tylko o to

 

ZASTYGŁ LAS

 

Jeszcze cień nie zdążył się zwinąć
w rulon kory, w owal nory lisiej
jeszcze trawa ciekła wilczą śliną
promień słońca, choć już przepadł, tlił się

 

Jeszcze zapach nie zdążył się wśliznąć
w sam dech lasu i w tajemni głębię
ruch się jeszcze nie zasklepił blizną
drżał listeczkiem na brzozie i dębie

 

Ptak nie zdążył jeszcze zamknąć dzioba
grzyb odnaleźć więcej miejsca w runie
dudek sobie samemu spodobać
pająk brzdęknąć komarem na strunie

 

Jeszcze we mchu, zdumiona stonoga
nogi unieść nie zdążyła jednej
szpon bielika, jeszcze tkwił w ostrogach
zastygł słuch na sarniej straży przedniej

 

Gdy ja wszedłem, do tej swojej puszczy
w ten swój las, który na mnie czekał
z sosny płatek bursztynem się złuszczył
coś mnie tchnęło. To… boża powieka…